niedziela, 3 stycznia 2016

rachunek sumienia

Przy podsumowaniach roku i na początku nowego ten tekst jakoś nabiera mocy - i dobrze, że przeleżał ponad miesiąc. bardziej pasuje do przełomu roku niż końca listopada, kiedy został napisany.

Dość przerażająco pewnie zabrzmi skrót pewnego wieczoru piątkowego w Warszawskiej Operze Kameralnej  bo obrazek na pierwszy rzut oka wglądał tak: łysa śpiewaczka z dość cyniczną i zgorzkniałą manierą śpiewała po niemiecku moralizujące Siedem Grzechów Głównych Bertolda Brechta do muzyki Kurta Weilla. tak - łyska śpiewaczka, po niemiecku, moralizatorsko.

zdj. InSpatium

Sama bym się przeraziła gdyby mi to ktoś opowiedział, ale ja moi drodzy tam byłam i wyznać muszę, iż ubolewam, że po 30 minutach nastąpił koniec. I że z chęcią bym tę przygodę powtórzyła. Można by się czepiać nieco tego, co na scenie się działo poza siedzącą w fortelu śpiewającą. Bo poza nią reszta mogłaby dla mnie nie istnieć - nie upieram się przy tym jakoś stanowczo, ale jednak, za dużo mi było tych wijących się ciał. A to, co głosem było tworzone i jak ten Kurt Weill został zaśpiewany!! Nic mnie tak nie porwało do czasu Zamku Sinobrodego w TWON.
Można by przypuszczać, że to kwestia nie śpiewaczki, a treści - historii młodej dziewczyny, która poznaje świat i życie i coraz bardziej właśnie... gorzknieje, staje się cyniczna, chciwa, zachłanna i bezwzględna. Nie będę się wypierać, że mnie ta historia poruszyła. Ale jest ona sformułowana na takim poziomie ogólności, że może dotyczyć dziewczyny każdej. I każda dziewczyna zobaczyć to powinna. Szamotanie się między ciałem a uczuciem, między świetlaną karierą a tęsknotami. Taki rachunek sumienia raz na jakiś czas zdrowo jest sobie zrobić. I przypomnieć sobie finałowe "NIE ZMARNUJ MŁODOŚCI"
I zdecydowanie jest to nr 1 wszystkiego, co w 2015 roku słuchać i oglądać mi się zdarzyło!

LINK  jest chyba wersją najbliższą tego, jak Siedem Grzechow Głównych wybrzmiało w WOKu, choć jakością nie powala.

czwartek, 19 listopada 2015

muzyka dla analityka

steve reich, koncentracja

Ekonomiści, bankowcy, analitycy maści wszelkiej rzadko uchodzą za istoty uduchowione. Nie bez przyczyny – przynajmniej kilkuletni  „trening” na uczelni ekonomicznej dotyczący pragmatyzmu, efektywności i skupienie na celu dość skutecznie wypiera myślenie o świecie w kategoriach estetyki.. wiem, bo sama to przechodziłam.

Nie wiem jakim cudem udało mi się uchować, jakim cudem odróżniam Szostakowicza od Verdiego, ale jakoś mi się udało. Więcej – sądzę, że ta wiedza w życiu analityka pomaga.

Bo jak trzeba spędzić kilka dni i przebrnąć przez miliony rekordów danych, wyłuskać z nich coś sensownego, przygotować raporty, analizy i zestawienia to po pierwsze TRZEBA SIĘ SKUPIĆ, a to wbrew pozorom nie jest łatwe na „ołpenspejsie”, nawet mając swoje własne biuro, nawet pracując w domu dobrze mieć coś, co pomorze się skupić. Można ćwiczyć techniki medytacyjne, można wspomagać się tym, co poleci miła aptekarka, ale można też włączyć muzykę.  Na jakiejś rozmowie rekrutacyjnej nawet usłyszałam, że „to DOBRZE (dobrze?! wtf?!), że potrafię się wsłuchać i zrozumieć muzykę klasyczną bo to znaczy, że mam dość cierpliwości by się wczytać i zrozumieć liczby”.

Nietrudno znaleźć wyniki badań (oczywiście, że amerykańskich naukowców), że muzyka pomaga w skupieniu – ma być to muzyka, która odgrodzi od otaczających dźwięków, ale  z drugiej strony nie będzie inwazyjna i nie będzie rozpraszać bo umysł „przeskakujący” między skupieniem nad pracą a muzyką męczy się jeszcze bardziej (więc teoretycznie rap, techno, pop, disco odpadają). Ma być nieinwazyjnie. Na wszelkich playlistach „intense studying” i „music to focus” króluje Mozart, ale, że jego nazwisko rymuje mi się z angielskim „fart” to sobie podaruję, poza tym to zbyt banalne…przedstawię Wam Pana, którego ja męczę, kiedy wspomagacze koncentracji są mi niezbędnie potrzebne – Steve Reich.
 
 

Jego monotonnie pulsacyjne dźwięki idealnie tworzą barierę przed światem zewnętrznym, a (tym razem wcale nie pejoratywna!) monotonia pozwala nam utrzymać muzykę „z tyłu głowy” i nie przeszkadza nam w skupieniu nad zadaniem. Można też odruchowo pomachać nóżką ;)
Reich był też często przywoływany w kontekście tegorocznej edycji Warszawskiej Jesieni i pojawienia się pojęcia Dynamistatyka – bo taki jest właśnie Reich – niby dźwięki płyną, niby się zmieniają, ale w warstwie rytmu i długości dźwięków istnieje taka jednorodność, że jednocześnie mamy wrażenie, że nic się nie zmienia. Stałe zmienności, zmienna stałość. I dość szczególne przeżycia estetyczne.





A tak naprawdę to jest jeszcze inna przyczyna, dla której uważam to, co pisał Reich za muzykę ciekawą dla analityków, czy innych umysłów ścisłych – tak samo jak Stockhausen i Nono – pisał swoja muzykę nie tyle dla wzbudzenia w odbiorcy emocji – muzyka jest wynikiem metodycznej pracy, eksperymentów, poszukiwania, negowania tradycyjnych technik kompozytorskich. Ale więcej o tych eksperymentach – poddanie muzyki prawu serii, traktowanie muzyki/dźwięków jako punktów, pierwsze eksperymenty z elektroniką, utwory grane wg wykresów giełdowych, czy muzyczne eksperymenty na roślinach O.O – to może następnym razem.


Teraz muszę  zrobić raport…


no dobrze dorzucę jeszcze to - trochę pewnie perwersyjnie, ale naprawdę pomaga się skupić, odciąć i odpłynąć. mam nadzieję, że nie tylko mi...
 
 
 

piątek, 13 listopada 2015

3 kroki do polubienia muzyki poważnej

classical music


Tak wiem – nigdy nie lubiliście, nie podoba Wam się i już. Ale mam propozycję – przynajmniej spróbujcie. Bo to nie jest tak, że muzyka muzyce równa i albo się polubi albo nie. Muzyka poważna wymaga skupienia, trzeba się z nią obyć, trzeba NAUCZYĆ SIĘ jej słuchać. Niestety polska edukacja muzyczna jest jaka jest i w szkole nikt nie sprawił, że pokochaliśmy Szostakowicza, więc albo jesteś profesjonalnym muzykiem, albo w domu od dziecka słyszałeś klasykę bo rodzicie Cię "katowali", albo cała praca dopiero przed Tobą...  A zacząć trzeba od rzeczy łatwiejszych. Więc proponuję 3 proste kroki do polubienia muzyki poważnej, jeśli po tym eksperymencie powiecie, że nie, dalej Was nie ujmuje – nie będę się upierać i naciskać.


 1- muzyka filmowa – tak tak, nie zawsze sobie to uświadamiamy, ale to często muzyka nagrywana przy udziale potężnych orkiestr. Nazwiska Ennio Morricone, Hans Zimmer brzmią znajomo? Albo nie szukając daleko – Lorenz, czy Preisner. Może by od nich zacząć? Dobre głośniki, lampka wina, wspominając ulubione filmy, albo do samochodu na długie trasy ( muzyka z westernów jest najlepsza na takie wyprawy ;) )


2- klasyka klasyki  - spodobał się Zimmer? Muzyka z „Gladiatora” przyprawia Cię o przyjemny dreszcz na plecach? O to chodziło! to teraz podniesiemy poprzeczkę trochę wyżej. Choć wciąż przyjemnie będzie – Mozart, Vivaldi, Verdi, Puccini. Taki pop muzyki klasycznej. Łatwy i przyjemny.  Możemy się zacząć zbierać za opery,  theoperaplatform.eu będzie pomocna, albo po prostu bilet do tej najbliższej – takie tytuły, jak Tosca, Aida, evergreeny, od których można zacząć – nie zmęczą, może nawet zabrzmią znajomo. A wyjść z domu zawsze fajnie..
3 – głęboka woda - wszystkie operowe evergreeny zaliczone? Mozarta nucicie pod prysznicem? No to już możemy zaczynać fikołki, Chopin, Lutosławski, Penderecki z okresu sonorystycznego, czy nawet Stockhausen albo Xenakis.  Enjoy!
Wersja dla fanów techno – zanim zabierzecie się za punkt 1 to proponowałabym wcześniej  wyłączyć prąd i przypomnieć sobie jak brzmią prawdziwe instrumenty i dźwięki nieprodukowane komputerowo. Zaczęłabym od albumów unplagged – Metalica? Hey? Nirvana? Cokolwiek, gdziekolwiek słychać żywe instrumenty. Potem płynnie do punku pierwszego i dalej :)

wtorek, 3 listopada 2015

koncerty do zwiedzania


awake your creativity, unusual concert



Muzyka rozgrywa się w czasie. Mniej oczywiste się wydaje, że może się rozgrywać w przestrzeni. Przyzwyczajeni jesteśmy, że utwór jest określony – wiadomo, jak ma brzmieć, wiadomo, kiedy jakie partie słychać bardziej, kiedy solista, kiedy mocniej, a kiedy ciszej. Warszawska Królikarnia jednak w halloweenowy weekend sprawiła gościom psikusa i postawiła wszystko na głowie organizując dwa dni KONCERTÓW DO ZWIEDZANIA. Nie dość, że koncert w muzeum, to jeszcze koncert do zwiedzania..
Kilka sal, kilku muzyków (właściwie same kobiety były to kilka…muzyczek? ;) na początku było łatwo – w jednej sali, muzycy obok słuchaczy, w jednym kręgu, załamując odwieczną i świętą granicę scena- widownia (Xenakis się kłania). Ciekawostka, ale jeszcze nie rebelia. Potem się zaczęło robić ciekawiej – muzycy w kilku salach, niekoniecznie się widząc, a wykonujących jeden utwór, każdy swoją część na innym instrumencie. Publiczność mogła dowolnie się po salach przemieszczać (zwłaszcza dzieciakom się podobało..). Ale teraz – w którym miejscu utwór brzmiał naprawdę? Czy tam, gdzie solista, a fortepian słyszany nieco ciszej (bo grał w innym pomieszczeniu)? Czy przy pudle fortepianu z oddali tylko słysząc głos solistki? Pod koniec wszyscy muzycy zaczęli się przemieszczać względem siebie i względem publiczności, publiczność też swoimi ścieżkami i obłęd już zupełny powstał. I właściwie każdy był na innym koncercie – bo słyszał co innego! I jak tu się odnaleźć?
Było mi na początku trochę dziwnie. Przyzwyczajona do narzuconych form, biernego bądź co bądź uczestnictwa nastawionego na odbiór, interpretację, próby zrozumienia muzyki w fotelu z numerkiem wskazanym na bilecie, trochę nie mogłam się odnaleźć wśród wędrujących słuchaczy, a co dopiero wędrujących muzyków. A tu się wchodzi w interakcje, wytyczając swoją ścieżkę zwiedzania tworzy się własną wersję utworu. I niczyja nie jest jedyna właściwa, niczyja nie jest zła. 
Nie był to projekt najbardziej innowacyjny – od lat się eksperymentuje z muzyką i przestrzenią (patrz: kwartet smyczkowy Stockhausena grany z helikopterów(!), nawet na tegorocznej edycji Warszawskiej Jesieni były instalacje głośników wirujących wokół słuchaczy), ciągle są to jednak projekty raczej okazjonalne, organizowane jako ciekawostka, więc tym fajniej, że nie zdarza się to tylko raz na parę lat. I bardzo polecam następne edycje (liczę, że będą!) albo uczestnictwo w podobnych projektach. Postawienie wszystkiego na chwilę na głowie może tylko tej głowie dobrze zrobić. Bo to nie tylko ciekawostka muzyczna - nasz mózg generalnie lubi jak się go zaskakuje. Lubi niespodzianki i nieoczekiwane zmiany, nowinki i nowości, lubi się uczyć. SCAMPER? Kapelusze De Mello? Ktoś coś?  Bardzo lubię tę teorię, że kreatywność to umiejętność i można ją wyćwiczyć - dlatego warto zmieniać codzienne rytuały, które wykonujemy mechanicznie, na „autopilocie”, dlatego wejście na stół albo położenie się na podłodze lub jakakolwiek zmiana perspektywy i punku widzenia może podsunąć nowe pomysły, po to warto zmieniać drogę z pracy do domu, żeby mieć okazje zobaczenia czegoś nowego i bardziej uważnie przeżyć te kilkanaście  minut, dlatego nawet „gdybanie” nas rozwija bo używamy wyobraźni i uruchamiamy nowe obrazy, tak samo, jak robienie notatek w formie mapy myśli, czy zwiedzanie koncertu w muzeum - przyda się nie tylko dyrektorom kreatywnym.

piątek, 30 października 2015

mroki lochów i piwnic

Muzyka halloweenowa - taka, którą można dzieci straszyć w ciemnym zakątku, i od której ciarki przebiegają po plecach. Ja, jak wiadomo, miłośniczką kameralistyki nie jestem, więc akurat dźwięki monumentalne, symfonie i basy łamiące żebra bardzo mi są po drodze.

Zacząć trzeba o klasyka, rzeczy najoczywistszej i takiej, która sama się nasuwa - toccata i fuga  Bacha. Nic więcej nie trzeba pisać - idealny podkład do obrazków Drakuli podnoszącego się z trumny w ciemnym gotyckim zamczysku, a tę wizualizację mogę bez końca oglądać.



Druga rzecz nieco mniej oczywista - Fluorescencje Pendereckiego. napisane na Warszawską Jesień w '69 roku i nawet widownia i krytycy WJ uznali, że Penderecki przesadził, a widownia i krytycy WJ dużo dziwnych osobliwych rzeczy słyszeli.... to było apogeum sonoryzmu (zgrzytanie, pukanie, faktury zamiast melodii, o resztę pytajcie Wikipedii) w twórczości maestro, od tamtej pory powraca do stylu tonalnego. Na szczęście lub nieszczęście. Jeszcze w ramach ciekawostek - w tym samym stylu sonorystycznym napisane były Polimorphia, czy De Natura Sonoris wykorzystane w soundtracku  Lśnienia (tak- TEGO Lśnienia) . btw - czy na tym zdjęciu maestro nie wygląda tyć diabolicznie?? :)




Noooo i wreszcie. Czy jest coś bardziej mrocznego niż muzyka Beli Bartoka? Coś bardziej niepokojącego i wywołującego ciarki na plecach? Powiem Wam - NIE (no dobra, jest - Carina Burana carla Orfa, ale z zupełnie innych przyczyn i nie wpisuje się w Halloween). Pierwszy raz Bartoka usłyszałam w Operze Narodowej na premierze "Zamku Sinobrodego". Historia znana ? na pewno panny, które "Biegnącą z wilkami" czytały będą wiedzieć - młoda, piękna i niewinna wprowadza się do zamku starego i niebezpiecznego brodatego. Zamek staje się jej domem, panna może z niego korzystać, wchodzić, gdzie chce, poza jedną komnatą, a kobieca ciekawość właśnie tam młodej pannie każe zaglądać. Dalej to już się domyślacie - krzyk, strach i krew, ale czy happy end?  Cudowna niwa do popisów interpretacyjnych dla psychoterapeutów, idealna historia do opowiadania w noc duchów, a w kontekście muzycznym - Bartok badał dość intensywnie muzykę ludową (Węgier oczywiście) i wykorzystywał w pisanych utworach, dla mnie tam ziemie drży w posadach, a i libretto opery napisane jest po węgiersku - co wg mnie tylko wzmacnia wrażenie mroku, węgierski jednak jest specyficzny. 
Jeśli to Was nie poruszy, to już nie wiem, co by mogło, fragment z  "Zamku Sinobrodego" Beli Bartoka, wokale trochę tu pomagają, trochę przeszkadzają, skupiłabym się raczej na muzyce....mrrrrr, te trąby i tuby. Wrota piekieł się otwierają,.

całość TU 
lepszej jakości niż ten krótki fragment, nagranie BBC jednak zobowiązuje

a w Warszawie Sinobrody do posłuchania w lutym w Teatrze Wielkim, Operze Narodowej - ja już swój bilet mam, a Wy?




i deserek
przyznacie, że urokliwe nutki?
po bardzo niepozornym początku szaleńczy koniec